Chrześcijaństwo, islam i prawo

IslamChristianityBArtykuł ten wywołał ciekawy wywiad opublikowany w „Do rzeczy” (9/108): „Bogiem i mieczem” z ks. Przemysławem Szewczykiem. Oto jego fragment:

„Muzułmanie są jednak cały czas na etapie przekonania, że są w stanie zaprowadzić sprawiedliwość. I to nas radykalnie różni, bo chrześcijaństwo rodzi się w pewnym sensie z rozczarowania religią, prawem religijnym. Pod tym prawem przecież ginie Sprawiedliwy. I to jest szok dla Żydów, że Prawo, które dostali od Mojżesza, z którym wiązali nadzieje, nagle okazuje się prawem, pod którym ginie Syn Boga, Mesjasz. To jest rozczarowanie, które ostatecznie doprowadza do odejścia od Prawa Mojżesza – my tego prawa nie uważamy za drogę zbawienia wystarczającą dla sprawiedliwości. Nie świętujemy szabatu, nie dokonujemy obrzezania, nie zachowujemy przepisów rytualnych. Cały List św. Pawła do Rzymian o tym mówi, że to nie przez Prawo dokona się usprawiedliwienie. W chrześcijaństwie źródło zasad płynie z przykładu Jezusa Chrystusa, a nie z konkretnych rozwiązań prawnych. I jeżeli odkryjemy, że to, co dotąd uznawaliśmy za sprawiedliwe, takie nie jest, to porzucamy to. Stąd nieustanna reforma Kościoła. W islamie zaś cały wysiłek skupia się na zrealizowaniu prawa, do którego mamy zaufanie i co do którego mamy przeświadczenie, że jest prawem Boga.”

Zacznę od tego, że wydaje mi się to zestawienie wyjątkowo trafne. W chrześcijaństwo wpisany jest dystans, nieufność względem prawa dotyczącego zbiorowości ludzkiej. Prawo powszechne, jako narzędzie sprawiedliwości, zostało w praktyce odrzucone. Przyczyną jest uwypuklona przez chrześcijaństwo okoliczność, iż ono właśnie staje się narzędziem największej niesprawiedliwości. To oznacza, że chrześcijaństwo szuka sprawiedliwości i doskonałości w sferze indywidualnego, odrębnego od zbiorowości naśladowania Chrystusa.

Tymczasem Islam wierzy, że narzędziem sprawiedliwości jest prawo dotyczące zbiorowości ludzkiej. Ratunek doczesności w islamie polega na wprowadzeniu tego prawa i wszystkie strategie mające owo zbawienie za cel, w zasadzie są usprawiedliwione, bowiem ostatecznie służą dobru.

Jak je ocenić? Która intuicja jest trafniejsza? Która intuicja lepiej służy zbiorowości ludzkiej?

Oczywiście, nie jestem obiektywny i to całkiem świadomie. Chrześcijaństwo jest jedyną prawdziwą wiarą, a islam i wszelkie inne poglądy religijne czy ideologie, muszą poddać się prorockiemu urzędowi mojego Pana, Jezusa Chrystusa, przez którego autorytatywnie i ostatecznie przemówił Jego Ojciec (Hbr 1:2). Postaram się jednak zmierzyć z trudnymi – mówię tu uczciwie i osobiście – dla siebie pytaniami. I szukać zrozumienia mojej wiary tak, aby przekonać własne sumienie.

Chrześcijaństwo

Przede wszystkim, myślę, że ks. Szewczyk ujął bardzo trafnie pewną intuicję przewijającą się poprzez cały Nowy Testament. Sens śmierci Chrystusa to odkupienie. Oznacza to poddanie w wątpliwość tożsamości opartej na przestrzeganiu prawa Bożego. Okazuje się niepełna. Naznaczona istotnym, fundamentalnym brakiem – podobnie jak cały system ofiarniczy Starego Przymierza, który wypełnia dopiero zastępcza, zagrzeszna ofiara Chrystusa.

Powstanie Kościoła znów wymagało odrzucenia prawa – w jego narodowym, żydowskim ujęciu. Zasady tożsamości nowo powstającej religii (bo, niezależnie od niechęci, jaką wykazują ewangelikalni chrześcijanie do tego pojęcia, chrześcijaństwo było od samego początku również i religią, a więc posiadało swą obrzędowość, jakkolwiek cząstkową, i jakkolwiek służebną ona by nie była względem rzeczywistości żywej wiary i oddania Chrystusowi – poprzez chrzest i Stół Pański) nie opierają się na zasadach Synaju, ale odnoszeniu się w obrzędach do śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. To one są źródłem tożsamości; i to tożsamości ponadnarodowej.

Ta tożsamość – znów, trafnie to ujął ks. Szewczyk – jest spersonalizowana. Łączy się z osobistym naśladowaniem Chrystusa, nie poddaniem jakiemuś społecznemu rygorowi. W najlepszym przypadku aspekt aspołeczny wyraża się w podejmowaniu decyzji rodzinnie. Ale nic poza tym. Prawo społeczeństwa stoi gdzieś obok. To, co ważne, rozstrzyga się bez niego.

Pojawia się etyka chrześcijańska. Ale znów, pojawia się w kontekście (i) zboru, (ii) rodziny, (iii) ogólnie pojętego świata, czyli ogółu społeczeństwa, które kieruje się innym zestawem wartości i poglądów. Tematu prawa państwowego w zasadzie w Nowym Testamencie nie ma.

I to jest fakt. Dla mnie osobiście trudny do przyjęcia, bo wolałbym, żeby było inaczej.

Wolałbym, bowiem życie DOMAGA się odpowiedzi na pytanie: JAKIE praw państwowe jest sprawiedliwe?

Chrześcijanie poprzez ów brak bezpośrednich wskazówek trwają tu w pewnym zawahaniu, zawieszeniu. I różnią się w udzielanych odpowiedziach.

Część po prostu konkluduje: prawo państwowe to nie nasza sprawa. Ograniczmy się do zborów i rodzin. Reszta to nie nasz problem. To postawa obecna wśród większości ewangelikalnych chrześcijan, mniej lub bardziej konsekwentnie realizowana.

Pozostali szukają na to pytanie mimo wszystko odpowiedzi. Przekonani, w przeciwieństwie do grupy pierwszej, że – choćby dlatego, że Chrystus nie wraca, a kościół w wielu miejscach i okresach historii zyskuje wpływ na kształt społeczeństwa – odpowiedź na to pytanie trzeba znaleźć.

Szukają różnie.

Część po prostu wraca do prawa Starego Przymierza i interpretuje je jako wskazówkę do stworzenia prawa chrześcijańskiego. Omija przy tym prawo ceremonialne – w ten sposób licząc się z nauczaniem Nowego o spełnieniu się prawa w jego wymiarze obrzędowym, jako zapowiedzi, w ofierze Chrystusa. Resztę stara się jakoś przystosować do własnych czasów.

Inni (zazwyczaj te grupy jakoś się nakładają) szukają uzasadnienia dla znaczenia owego prawa również w Nowym. Testamencie i Przymierzu. Należę do tej grupy. Widzę je przede wszystkim w koncepcji królestwa Bożego, która rodzi się w Starym, ale – w przeciwieństwie do prawa – w Nowym wcale nie niknie. Przeciwnie, ma się bardzo dobrze. Nawet, jestem przekonany, ma się gorzej w świadomości chrześcijan, niż w samym tekście natchnionej Księgi. Bowiem Ewangelie są pełne nauki właśnie o Królestwie. I to o Królestwie raczej niż kościele, który pojawia się jako główny temat dopiero w Listach.

Co to oznacza?

To oznacza, moim zdaniem, że właśnie w nauczaniu o Królestwie pojawia się również nauczanie NT o sprawiedliwości w jej korporatywnym, ogólnospołecznym, a nie tylko osobistym/rodzinnym sensie. Widać je również w najstarszym z Listów, Liście Jakuba, dla którego zgromadzenie mesjasza to właśnie „rozsadnik” królestwa: obszar sprawiedliwości, spełnienie nadziei proroków – która była w swym charakterze społeczna. Widać to w jego definicji prawdziwej pobożności: nieść pomoc sierotom i wdowom w ich niedoli – i, właśnie w owym społecznym zaangażowaniu, a nie w oddzieleniu do niego – zachowywać siebie nie splamionym przez świat (1:27).

Owa rzeczywistość Królestwa jest również mostem dla rozsądnych interpretacji prawa ST dzisiaj. Widać w pewnych miejscach u apostoła Pawła, że przy wszystkich swoich zastrzeżeniach do prawa wszędzie tam, gdy konkuruje ono z osoba Chrystusa i jego dziełem jako wyznacznik tożsamości Bożego Ludu (przede wszystkim List do Galacjan) – gdy tego kontekstu brak, stosuje on – również w rzeczywistości Ludu Nowego Przymierza – prawo Starego, jako aktualnie niosące pouczenie, którego i w owym nowym okresie kościół potrzebuje. Widać to np. w 1Kor 9:9-10 i Tyt 5:18-19. W obu przypadkach cytuje prawo ST jako obowiązujące.

Zasada, jaką widzę za takim podejściem brzmi: prawo ST działa, ale wypełnione w ofierze Chrystusa. Podobny wniosek wynika z Mt 5:17: prawo wypełnia się w Chrystusie, ale jest dalej aktualne – jako w Nim wypełnione. To nie jest zasada precyzyjnie nas instruująca co do tego, jak w zasadzie je stosować. Ale jest to zasada wprowadzająca – przy ścisłym potraktowaniu konieczności chrystologicznej reinterperetacji całości prawa ST – pozytywne na nie spojrzenie. Wraz zachęta, by go używać.

Podsumowując więc, faktycznie, MAMY problem z prawem państwowym w chrześcijaństwie. I myślę, jako osoby wierzące w Boże prowadzenie w takim a nie innym ukształtowaniu się zbioru Ksiąg NT – jako celowo takim właśnie, a nie innym – powinniśmy zapytać: czemu tak? Dlaczego Bóg wybrał, abyśmy ów problem mieli?

Wydaje mi się, że powodem jest misyjność Kościoła. Czyli: on jest powołany zazwyczaj – choć nie zawsze – do rozsadzania struktur prawa i zwyczajów, a nie ich utrwalania. Chrześcijaństwo wkracza przez zbory i rodziny z nową wizją świata – zarówno ontologiczną (co jest) jak i etyczną (jak żyć). Sięga do ogółu właśnie z perspektywy owych przemienionych małych społeczności.

I to one właśnie, w swoim funkcjonowaniu, mają być źródłem nowych wartości. To one mają kształtować rzeczywistość społeczeństwa jako takiego. Dlatego właśnie na etykę zborów i rodzin położony jest nacisk. Bowiem to ona jest etyką stałą, niezmienną, zawsze w chrześcijaństwie obecną. Zarówno w prześladowaniach, jak pomyślności. Zarówno w świecie pogańskim, czy post-chrześcijańskim, jak i w narodach, czy społecznościach, które poddają się dynamicznej chrześcijańskiej mniejszości, czy nawet takich, w którym chrześcijanie stali się większością i mają wpływ na legislacje.

A takie chwile się zdarzają i trzeba na nie być przygotowanymi. Ale nigdy – tak myślę, patrząc na NT – nie wolno uznać tego za pewnik, że tak jest. Zawsze pierwszeństwo musi mieć etyka rodzin i zborów. To z nich, ukształtowanych po chrześcijańsku, musi wypływać etyka całości społeczeństwa.

I wypływa. Trochę inaczej w katolicyzmie, bardziej tomistycznym, uporządkowanym, ze swą arystokracją i ogółem, zarówno w strukturach kościelnych jak i społecznych, jak i w protestantyzmie, ze swym naciskiem na osobista odpowiedzialność i rolę jednostki w kształtowaniu rzeczywistości – czy to zborowej czy państwowej. W tym drugim przypadku jestem przekonany, przynajmniej o ile mówimy o konserwatywnym skrzydle protestantyzmu, jest to wizja ściślej związana z owym wymiarem rodzinno/zborowym.

Islam

Nie jestem ekspertem od Islamu, w związku z czym jego analiza będzie znacznie krótsza.

Ks. Szewczyk powiada: „są cały czas na etapie przekonania, że są w stanie zaprowadzić sprawiedliwość.” To religia dobrych uczynków, realizacji określonego społecznego porządku w bardzo ścisły sposób. Owa jednoznaczność jest zresztą przyczyna jej atrakcyjności. „Trzeba być posłusznym – i tyle, i aż tyle” – oto muzułmańska ewangelia. Oraz program działania. Opiera się na pewnym instynkcie, który istnieje również w monergistycznych odmianach chrześcijaństwa – czyli podkreślających suwerenność Boga. Instynkcie zdrowym, czyli: że Bóg ma być Bogiem. Ma królować. Ma odbierać sobie chwałę z każdego zakątka naszego świata. Wszystko ma być Mu podporządkowane. To prosty, niezmącony akt uwielbienia, wobec wszechmocnego Boga.

Dostrzegłem to w meczecie w Sofii. Odwiedzaliśmy go w ramach wizyty w mieście. Dostrzegłem wtedy kilku młodych, śniadych, prostych chłopaków. Przyszli sami. Zdjęli buty i oddawali cześć swojemu Bogu. Było to proste i szczere.

Czy więc się z islamem zgadzam? Nie. Ale uważam, że ten właśnie – najważniejszy chyba – aspekt uwielbienia – który realizuje zresztą Największe Przykazanie chrześcijaństwa – bezkompromisową, całościową miłość do Boga – Mahomet zaczerpnął z Biblii trafnie.

Islam okazuje się fałszywą religią w swym lekceważeniu więzi. A mówiąc dogmatycznie: w odrzuceniu różnorodności Boga, w Jego trzech Osobach Ojca, Syna i Ducha.

Proste i szczere uwielbienie to skutek ścisłego monoteizmu. Czczący wie, kogo czci. Bez żadnych wątpliwości. I to jest słuszne i dobre. Na tej prostocie polega również uwielbienie chrześcijańskie.

Ale nasz jeden Bóg jest również odwieczną wspólnotą. Co oznacza, że widzimy pewną złożoność w świecie. I ją szanujemy. Widzimy wartość w różnorodności kultur, narodów tworzących Kościół Chrystusa. Potrafimy się nią cieszyć.

Tak, to oznacza również i potencjalny problem – wszak różnorodność może zniszczyć jedność. Może sprawić, że całość rozpadnie się na kawałki. Ale jednocześnie ma niesamowita siłę. Sprawia, że jedność paradoksalnie opierając się na różnorodności jest jeszcze mocniejsza; sprawia, że owa dynamika i więź struktury różnorodnych wartości, kultur i narodów w Kościele służy wzmocnieniu i autentyczności przeżywania tego, co je łączy. Fundamenty jedności w chrześcijaństwie są mocne i potrafią ponieść różnorodność.

Tymczasem islam jest wyłącznie jednorodny. Tak jednorodny, że nawet kobieta i mężczyzna nie mogą być tej samej jakości ludźmi – istnieje między nimi wyłącznie hierarchia. Różnorodność jest złem. Wola Allaha jest jedna i jednorodne, monolityczne również wyłącznie może być społeczeństwo, które go prawdziwie czci. Tak monolityczne i różnorodne, że dobrem jest wyrżnąć wszystkich, którzy do owej woli się nie chcą dostosować. Allah to wyłącznie wola, bez miłości i szlachetnych uczuć, które w chrześcijaństwie odwiecznie istnieją w communio idiomatum – osobach Trójcy Świętej. To przerażający Bóg, którego miłość i miłosierdzie zalezą wyłącznie od woli, a nie jego istoty – która jest niepoznawalna i której w zasadzie nie ma, o wskazania na cokolwiek i tak poddane jest weryfikacji arbitralnej woli, więc nie ma większego sensu.

Chrześcijaństwo to religia przymierza; da się oprzeć relację z Bogiem na określonych pewnikach. Najważniejszym jest jego ingerencja w nasz świat: posłanie Samego Siebie/ odwiecznego Syna dla naszego zbawienia. Chrześcijaństwo wkracza w ów świat analogicznie: ofiarnie i służąc raczej, niż obcinając głowy tym, którym się ono nie podoba. Islam natomiast to religia wyłącznie niekontrolowanego Boga, któremu każdy człowiek i ludzkość jako taka winna nieuwarunkowane i bezrefleksyjne uwielbienie.

Dlatego, choć islam tworzy silne struktury, tworzy je również wsteczne. Nie rozwijające się. Wszak rozwój jest cecha ruchu, dynamiki, wymiany, nie zastania, jednorodności i równania wszystkich do jednego. Choć więc tworzy kultury, tworzy je wewnętrznie słabszymi niż chrześcijaństwo, które nie tylko daje jedność, ale potrafi również wykorzystać potencjał różnorodności. Chrześcijaństwo jest twórcze. Postęp wydaje się bardziej wpisany w naturę chrześcijaństwa niż islamu.

O ile oczywiście chrześcijaństwo jest w stanie wciąż tworzyć jedność społeczeństwa.

Czego obecnie nie robi, przynajmniej na Zachodzie Europy. Zastępstwem uwielbienia Boga jedynego, jako czynnika jednoczącego w konstruktach społeczeństw tego obszaru jest dzisiaj egoizm. Egoizm, wymuszający konformizm względem praw, które zabezpieczają wspólny komfort i bezpieczeństwo.

Co więc dalej?

Czy okaże się dość silny, by poradzić sobie z islamem? Obawiam się, że nie. Z bardzo prostego powodu: egoizm stara się chronić to, co się da raczej niż walczyć o to, co można. Walka bowiem oznacza wyparcie się swej najwyższej wartości, jaką jest wygoda (wszak walka z definicji wygodna nie jest). Egoizm będzie więc ustępował tak długo, jak długo będzie to możliwe, aż okaże się, że nie ma już jak ustępować dalej. A wtedy już będzie za późno na jakiekolwiek inne strategie.

Rozwiązaniem jest moim zdaniem import chrześcijaństwa spoza Europy. Co być może Bóg już obecnie przygotowuje – poprzez masowe nawrócenia w Afryce i Azji, a szczególnie w Chinach.

Świat się w każdym razie zmieni. Tak czy inaczej, Europa a wraz z nią chrześcijaństwo europejskie będzie musiało się wyrzec swego największego bożka – wygody i bezpieczeństwa. Nadchodzą nowe czasy. Nic nie jest na wieczność, a szczególnie rozleniwienia i dostatek.

Niech Bóg nas prowadzi i dodaje nam mądrości, pokory i odwagi, aby w tych nadchodzących czasach być Mu wiernym i uwielbiać Go w naszej postawie tak, jak jest to Mu miłe – jedynemu Bogu Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu, Amen.

Comments

comments